Planując budowę domu na pograniczu województw śląskiego i małopolskiego, zamierzałem wykopać studnię. Wszyscy sąsiedzi straszyli mnie tym samym: „Woda u nas jest, ale co z tego, skoro śmierdzi bagnem albo ma tyle żelaza, że niszczy pralki”. Zacząłem szukać sposobu, by jeszcze przed wierceniem dowiedzieć się, czy moje ujęcie będzie bezpieczne. Trafiłem na metodę ERT (tomografię elektrooporową) oferowaną przez firmę poszukiwaniawody.pl i muszę przyznać, że to spotkanie ze specjalistami szybko zweryfikowało moje oczekiwania względem „przewidywania jakości”.
Trzeba to powiedzieć jasno i bez owijania w bawełnę: badanie ERT nie jest analizą chemiczną ani mikrobiologiczną. Żadne urządzenie geofizyczne nie powie Wam, czy w wodzie są bakterie Escherichia coli lub jaka jest dokładna zawartość manganu. Do tego służą wyłącznie badania w stacji Sanepidu, które wykonuje się już po wywierceniu studni i pobraniu próbki cieczy. Jeśli ktoś twierdzi, że prądem sprawdzi przydatność wody do picia, to mija się z prawdą tak samo, jak zwolennicy różdżkarstwa.
Jak więc ERT pomaga w kwestii jakości?
Choć aparatura mierzy oporność gruntu, a nie skład wody, daje nam ona coś, czego nie da żadna inna metoda: wgląd w architekturę warstw geologicznych. Podczas badania na mojej działce, które trwało około 4 godzin, inżynierowie pokazali mi na wykresie, że pierwsze zwierciadło wody znajduje się bardzo płytko, pod warstwą przepuszczalnych piasków. W praktyce oznaczało to ogromne ryzyko, że do tej wody przesiąkają zanieczyszczenia z okolicznych pól i nieszczelnych zbiorników bezodpływowych.
Dzięki danym z ERT wiedzieliśmy jednak, że głębiej – pod grubą na 12 metrów warstwą nieprzepuszczalnych, twardych iłów – znajduje się kolejna warstwa wodonośna. To była kluczowa informacja dla ekipy wiertniczej. Wiedzieli oni, że muszą zastosować odpowiednią rurę osłonową i precyzyjnie „odciąć” te zanieczyszczone wody podskórne, by dokopać się do głębszego poziomu, który jest naturalnie chroniony przez nieprzepuszczalną strukturę ziemi.
Wnioski z badania
Badanie ERT pozwoliło mi więc przewidzieć ryzyko niskiej jakości wody i uniknąć go poprzez wskazanie bezpiecznego poziomu wiercenia. Nie dostałem wyników chemicznych, ale dostałem „mapę bezpieczeństwa”. Dzięki temu, że firma działa rzetelnie na terenie województw podkarpackiego, małopolskiego, śląskiego i lubelskiego, ich specjaliści doskonale wiedzieli, jak interpretować wyniki w trudnym terenie fliszu karpackiego.
Ostatecznie, po wykonaniu odwiertu zgodnie z wytycznymi geofizycznymi, oddałem wodę do laboratorium. Wynik? Woda krystaliczna, bez zanieczyszczeń organicznych, które z pewnością znalazłyby się w studni, gdybym wiercił „na ślepo” w pierwszej lepszej warstwie wodonośnej.
Podsumowując: jeśli ktoś pyta, czy ERT przewiduje jakość – odpowiadam: tak, ale w sensie geologicznym. Pozwala ono wybrać warstwę wody, która ma największą szansę być czysta, bo jest dobrze odizolowana od powierzchni. To jedyna naukowa droga, by zminimalizować ryzyko skażenia studni już na etapie planowania. Zaoszczędziło mi to mnóstwo pieniędzy, które musiałbym wydać na drogie systemy filtracji wody zanieczyszczonej azotynami z działek rolnych.






