Wojna na Ukrainie przybrała czarne barwy; kontrofensywa nie doprowadziła do przewidywanych przesunięć frontu, straty ukraińskie są znaczące i bez powszechnej mobilizacji nie wydają się możliwe do uzupełnienia a konflikt pomiędzy kierownictwem politycznym (W. Zełenski) a wojskowym (gen. W. Załużny) toczony jest już w domenie publicznej. Do tego 6 grudnia senat USA po raz kolejny odmówił Joe Bidenowi zatwierdzenia następnego pakietu pomocy (o wartości 60 mld dolarów) dla Ukrainy, a i pomoc europejska (50 mld euro przez najbliższe 4 lata) stoi pod znakiem zapytania z uwagi i na postawę Węgier, i na niemiecki kryzys budżetowy (decyzja Federalnego Sądu Konstytucyjnego wyjęła z budżetu kwotę 60 mld euro). Powyższe problemy mogą oznaczać, że prawdopodobne jest, że od 1 stycznia 2024 roku Ukraina zostanie bez pomocy finansowej z zagranicy. Tymczasem kraj ten już dziś przeznacza wszystkie wpływy podatkowe na kontynuowanie wojny z Rosją a sama administracja państwowa utrzymuje się wyłącznie z zagranicznych pieniędzy. Brak pomocy finansowej oznacza konieczność drukowania waluty, co niezależnie od wyniku wojny będzie miało złe skutki dla ukraińskiej gospodarki. Z kolei Rosja nie wydaje się słabnąć; nie nastąpił ani rozpad rosyjskiej armii, ani krach gospodarczy, Władimir Putin 1 grudnia wydał dekret powiększający armię o 170 tys. żołnierzy (do poziomu 1,32 mln) a wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow oświadczył 2 grudnia, że cele jakie Federacja Rosyjska stawiała sobie przed wojną są już dziś dla Rosji niewystarczające. Wszystkie wyżej wymienione trendy zmierzają dziś w kierunku rozstrzygnięcia wojny na korzyść Rosji. Zniszczonej gospodarczo i demograficznie Ukrainy bez reparacji wojennych i, być może, poza strukturami zachodnimi, braku stabilnego systemu bezpieczeństwa w Europie wschodniej i, w perspektywie czasu, odbudowanych sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej przy wschodniej granicy Polski. Jak długiego czasu? Eksperci różnią się ocenami; bardziej pesymistyczni, jak np. Andrew Michta (dyrektor Snowcroft Strategy Initiative i członek Atlantic Council ofthe United States) oceniają ten czas na 3 do 4 lat, podczas gdy prognozy bardziej optymistyczne, jak np. ostatni raport German Council on Foreign Relations z 31października wskazuje na okres od 6 do 9 lat, z tym że im później państwa NATO podejmą dostateczne środki odstraszania Rosji, tym bardziej czas ten będzie się skracał. Jak nam zatem idzie ich podejmowanie?

Gdzie ten deterrence?

Pomimo szumnych deklaracji Joe Bidena z końca maja 2022 roku o obronie każdego cala terytorium NATO i przyjęciu wobec Rosji strategii deterrence by denial, na wschodniej flance niewiele się zmieniło i nic zmian nie zapowiada. W ramach reformy Army 2030 amerykanie utworzą jedynie trzy ciężkie dywizje i nie wiadomo czy którakolwiek z nich trafi na wschodnią flankę. W roku fiskalnym 2023 US Army nie osiągnęła założonych celów rekrutacyjnych; zabrakło 10.000 z zakładanych 65.000 nowych żołnierzy. Nie bez znaczenia dla szans na przyszłe zaangażowanie USA pozostaje również fakt, iż według sondaży w wyborach USA w 2024 roku zdecydowaną przewagę nad Joe Bidenem osiąga Donald Trump, przeciwnik angażowania sił USA w Europie. Kanadyjskie Siły Zbrojne borykają się z poważnym kryzysem kadrowym: zamiast powiększenia sił o 5,000 żołnierzy, wojsko kończy rok z niedoborem ponad 10,000 żołnierzy, co przy stutysięcznej armii oznacza na dziś 10 procent wakatów. Liczba kandydatów do Bundeswehry spadła o 7% w porównaniu z poprzednim rokiem, a wskaźnik rezygnacji podczas szkolenia wynosi około 30%. Pozostaje to w jawnym kontraście do deklaracji Olafa Scholza, złożonymi w ramach przemówienia Zeitenwende czy zapowiedzianymi wydatkami na poziomie 100 mld euro na szybkie dozbrojenie armii, ale i ze znacznie skromniejszymi deklaracjami o wysłaniu niemieckiej brygady na Litwę, których również nie udało się wypełnić. W armii francuskiej niedobór rekrutów w 2023 roku szacowany jest na 1.500 do 2.000 osób, przy czym Francuzi w ogóle nie przygotowują się na wojnę lądową, reformując armię wyłącznie w kierunku sił ekspedycyjnych. Jedyną jaskółką nadziei jest deklaracja Rishiego Sunaka o desygnowaniu 20.000 żołnierzy brytyjskich na północnym wschodzie, w tym zwłaszcza w Estonii. W świetle powyższych danych, jak dokładnie zamierzamy obronić wschodnią flankę NATO?

Umiesz liczyć? Licz na siebie.

Litwa, jak się zdaje, potraktowała działania rosyjskie z największą powagą, bowiem już w 2015 roku przywróciła obowiązkową służbę wojskową. W roku 2023 wydatki na obronę wzrosły do poziomu 2,52% PKB, i mogą stopniowo wzrastać aż do poziomu 3%. Pomimo że Litwinów jest tylko 2,7 miliona, są oni w trakcie budowy lekkiej dywizji. Łotwa w bieżącym roku wprowadziła obowiązkową służbę wojskową a jej wydatki wojskowe rosną z tegorocznych 2,25% PKB docelowo do 2,5% PKB w 2025 roku. Wydatki Estonii na obronę w 2023 roku przekroczyły miliard euro, co stanowi 2,85% jej PKB, zaś system obowiązkowej służby wojskowej rokrocznie obejmuje mężczyzn, najczęściej w wieku 18 lat. Polska również dostrzegła problem; dnia 11 marca 2022 roku przyjęliśmy Ustawę o Obronie Ojczyzny, która zakłada zwiększenie liczby żołnierzy czynnych do 300.000 (z czego 50.000 ma służyć w WOT) i zwiększenie budżetowych wydatków na obronę do 3% PKB, choć doliczając do tego wydatki z Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych należy stwierdzić, że w 2023 roku wydaliśmy ponad 4% PKB. W roku 2015 mieliśmy 3 dywizje, dwie kolejne formujemy (przed wyborami deklarowane było utworzenie również szóstej), co pociąga za sobą już dziś spadek ukompletowania istniejących dywizji o 25%. Przypomnijmy, że według Szwedzkiego Instytutu Badań Obronnych nasze dywizje były ukompletowane maksymalnie w 75% przed wojną na Ukrainie, nie będzie zatem przesadą powiedzieć że na obecnym etapie reformy nasze wojska są niemal niezdolne do walki. Ciężko też powiedzieć ilu tak naprawdę mamy dziś żołnierzy; MON podaje liczbę 172.000 pod bronią, ale należy pamiętać że ministerstwo wlicza do statystyk żołnierzy zawodowych tych, którzy po 30-dniowym przeszkoleniu złożyli przysięgę. Biorąc pod uwagę że wyszkolenie zwykłego strzelca zajmuje w kraju NATO od 7 do 8 miesięcy i jest to najkrócej szkoląca się specjalność, należy zakładać że Ci nowo doliczeni nie reprezentują przesadnej wartości bojowej. Nawet tak policzeni żołnierze zawodowi wykazali przyrost liczebności o 23% w latach 2015 – 2022, co łatwo pozwala oszacować że osiągnięcie zakładanych przez MON stanów osobowych potrwa co najmniej do 2035 roku, a zatem zakończy się już po okresie najbardziej nawet optymistycznych ram czasowych do potencjalnej agresji rosyjskiej. Istnieją też dane znacznie dla nas gorsze; według raportu International Institute of Strategic Studies z czerwca 2023 roku Polska posiada obecnie 68 batalionów, podczas gdy w 2014 roku posiadała ich 66. To i tak ponad dwukrotnie więcej niż Niemcy, ale marne to pocieszenie w kontekście potrzeby szybkiej rozbudowy liczebności sił zbrojnych.

Armia jednorazowego użytku

Zakładając nawet, że proces rekrutacyjny w cudowny sposób przyspieszy w najbliższych latach i zdążymy z ukompletowaniem jednostek przed potencjalną agresją, nie rozwiązuje to jeszcze naszego problemu. Według raportu Michaela E. O’Hanlona dla the Brookings Institution, dotyczącego m. in. potencjalnych strat NATO w konwencjonalnej wojnie z Rosją, szacuje on (w wariancie optymistycznym) straty na poziomie 1.250 żołnierzy NATO dziennie, z czego niewątpliwie większość będzie dotyczyła Sił Zbrojnych RP. Oznacza to, że nasza 300.000 armia, o ile w ogóle powstanie, utraci zdolność bojową maksymalnie po 4 miesiącach konfliktu, i jak już w historii naszego kraju bywało, przy stole negocjacyjnym nasz głos nie będzie brany pod uwagę, bo nie będziemy już wtedy dysponować żadną siłą z którą trzeba się liczyć. Stanie się tak, bo na dzień dzisiejszy nasza liczba przeszkolonych rezerwistów wynosi okrągłe zero, od 2008 roku nie mamy bowiem powszechnego obowiązku służby wojskowej. Nie będziemy mieli czym zastępować strat a rotowanie walczących żołnierzy będzie musiało odbywać się w ramach posiadanych sił zbrojnych, co oznacza że liczba walczących jednocześnie żołnierzy będzie relatywnie niska, i z szybką tendencją malejącą. Pamiętajmy też, że nawet jeśli system sojuszniczy zadziała a sojusznicy będą mieli chęć i siły żeby nam pomóc, to np. amerykańskie siły szybkiego reagowania potrzebują ponad miesiąca od wydania polecenia wymarszu do odtworzenia zdolności po przemieszczeniu się na dużą odległość i rozlokowania się np. w Polsce. Pozostałym siłom US Army taka operacja zajęłaby około 3 miesięcy. Czyi żołnierze do tego momentu będą ponosić straty – nie muszę chyba dodawać?

Zdążyć przed Panem Putinem

Na potrzeby ostatniego sporu o pomoc finansową dla Ukrainy, Joe Biden powiedział: Jeżeli Ukraina padnie, to Rosja pójdzie dalej i zaatakuje wschodnią flankę NATO, co oznacza że amerykańscy chłopcy będą walczyć z Rosjanami, a tego przecież nie chcemy. W podobnym tonie wypowiedział się rzecznik prasowy Pentagonu, John Kirby, odpowiadając na pytanie jak brak pomocy finansowej dla Ukrainy wpłynie na takie kraje jak Polska, mówiąc że jeśli Ukraina przegra tę wojnę, to Rosja będzie miała wojska na wschodniej granicy NATO, i pójdzie dalej. W Polsce takie rozumowanie obecne jest od dawna, we wrześniu w kontekście rozbudowy naszej armii przypomniał je gen. Rajmund Andrzejczak, mówiąc że jeśli Ukraina przegra tę wojnę, to Białoruś wejdzie jeszcze głębiej w orbitę wpływów rosyjskich, a wtedy Polsce ani wydatki militarne na poziomie 5% PKB, ani 300.000 armia nie zapewnią bezpieczeństwa. Jego słowa stają się całkowicie zrozumiałe, jeśli założymy że zakreślony przez niego scenariusz będzie oznaczał strategiczną neutralizację Ukrainy (co oznacza że Rosja nie będzie musiała trzymać wzdłuż tej granicy znacznych sił) i wydłużenie granicy NATO z Federacją Rosyjską do 3.800 kilometrów (wliczając granicę z Białorusią) z obecnych 2.600. Biorąc pod uwagę zarówno brak chęci angażowania się państw Europy zachodniej w potencjalną wojnę z Rosją, stan ich sił zbrojnych, oraz republikańskie okrzyki „Asia first!”, dochodzące zza oceanu, należy sobie jasno powiedzieć, że żadna inwestycja poniesiona przez Polskę w celu uniknięcia takiego scenariusza nie będzie zbyt wysoką. Bo alternatywą dla nas mogą być stosy ciał, zrujnowana polska wschodnia, dekapitacja infrastruktury i zagrabiony majątek narodowy.

Tymczasem nasze elity polityczne, i to z obu stron wojny polsko – polskiej, zdają się nie dostrzegać nadciągającej burzy, zadowalając się zagranicznymi deklaracjami o wspólnocie wartości i papierową reformą wojska polskiego, zamiast twardo domagać się rozszerzonych gwarancji bezpieczeństwa od amerykanów, dyslokacji sił na wschodniej flance, wypowiedzenia aktu stanowiącego NATO – Rosja, udziału w programie nuclear sharing, rozszerzenia amerykańskiego parasola nuklearnego czy zakończenia niemieckiej jazdy na gapę w polityce bezpieczeństwa. To, że przed ostatnimi wyborami przywrócenie poboru nie nastąpiło jest, moim zdaniem, karygodne, ale nie podjęcie tego tematu przez nową władzę, mimo że czas gwałtownie nam się kończy, będzie dla państwa polskiego ekstremalnie ryzykowne. Dlaczego zamiast natychmiastowego rozpoczęcia debaty o powrocie do powszechnego obowiązku obrony ojczyzny, tak dla kobiet jak i dla mężczyzn, znów stawiamy na do szpiku kości polskie: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i? – jakoś to będzie!”? Otóż nie, tym razem jakoś nie będzie.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego

O autorze

Maciej Krok

Radca prawny, przedsiębiorca, działacz społeczny, prezes zarządu spółki MASZ PRAWO sp. z o.o., Absolwent 8 edycji Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności

Zobacz wszystkie artykuły autora